Logo Kurier Iławski

wejście
jedynka Kuriera
CZYTAJ
opinie, felietony
REKLAMA
ogłoszenia drobne
ogłoszenia modułowe
kogel-mogel
szukaj
FORUM

CZYTAJ
Brak piątej klepki
Skargi na POL-MAK. Hałas i opary
Biegam maratony na wesoło
Nagrody za twórczość artystyczną
Mięczaki atakują podwórko
Dekomunizacja. Co ustrój, to pomnik
Znowu uniki szpitala. Patryk mógł żyć!
„Biesiady Leśna” wytacza armatę w ratusz
Nocna kwarantanna od alkoholu
100% zdawalności w British School
Samowolka z parkowaniem
Policjant uratował dziewczynę
Biskupiec buduje mieszkania socjalne
Pielgrzymka na Jasną Górę
Nowe malowanie na ulicach
Dementujemy plotki o sprzedaży Hotelu Kormoran
Skarga na koszenie trawy
Wybuchowe skarby z jeziora
Zobacz jak będzie wyglądał Young Spot i lodowisko
Historia Iławy. Na polach uprawnych ulicy Andersa
Więcej...

CZYTAJ

2017-03-29

Rafał Ryszczuk, Człowiek Roku 2016


Budowlaniec, polonista, historyk – to zawody, w których odnajdywał się Rafał Ryszczuk, zanim został burmistrzem Kisielic. Jego otwartość w pracy samorządowca docenili czytelnicy Kuriera, nadając mu w plebiscycie tytuł „Człowieka Roku 2016”. Oto lokalny Samson, czyli moc zaklęta w długich włosach.




KURIER IŁAWSKI:
– W jakich okolicznościach dowiedział się pan o wygranej w naszym plebiscycie?

RAFAŁ RYSZCZUK:
– O tym, że jestem laureatem tej nagrody, dowiedziałem się już o szóstej rano w dniu wydania Kuriera, czyli w środę. Od razu obudziłem moje córki, które nie mogły doczekać się wyników. Wiadomość ucieszyła je tak bardzo, że rzuciły mi się na szyję. Żona również była ze mnie dumna. Wszyscy razem pracowaliśmy na ten sukces.

– Nie było łatwo. Tuż przed końcem głosowania radna Ewa Jackowska objęła prowadzenie, ale ostatecznie wygrał pan znaczącą różnicą głosów...

– Moment utraty prowadzenia wywołał pełną mobilizację. Ludzie z „komitetów kuponowych” zaczęli przynosić mi jeszcze więcej kuponów. Zbierali je w swoich środowiskach. Muszę za to podziękować między innymi mamie, teściowej, panu Józefowi Rejentiukowi oraz paniom Krystynie Gacioch i Halinie Gniadek. Nie ukrywam, że spotykałem się z osobami najbardziej zaangażowanymi i motywowałem je do działania. Jednak to one pierwsze wyszły z inicjatywą. Ja jedynie podtrzymywałem ten ogień.

– Czyli kupony były dostarczane nie tylko bezpośrednio do redakcji, ale także do pana?

– Zgadza się, nawet po kilkadziesiąt sztuk. W wypełnianie kuponów bardzo mocno włączyła się także moja babcia Henia, która zbierała je od mieszkańców Falknowa, dlatego to właśnie prosto do babci i dziadka pojadę po naszej rozmowie. Na pewno bardzo się ucieszą, kiedy zobaczą statuetkę. Bardzo na ten moment czekali. Kibicowali mi także w 2013 roku, kiedy pierwszy raz byłem nominowany do tytułu Człowieka Roku. Niestety, wtedy nie udało się wygrać. Niemniej jednak uważam, że zarówno wtedy, jak i teraz już samo znalezienie się w tak doborowym towarzystwie nominowanych osób było dużym wyróżnieniem.

– Przejdźmy w takim razie do kwestii, które pozwolą czytelnikom bliżej poznać naszego laureata. Wiele osób chciałoby zapewne zadać panu to pytanie: jak dba pan o swoje długie włosy i czy zamierza pan w najbliższym czasie zmienić fryzurę?

– (śmiech) Szczerze mówiąc, myję włosy codziennie. Jest to trochę czasochłonne. Mam już jednak taki nawyk. Zapuściłem włosy, gdy chodziłem do technikum budowlanego w Kwidzynie i przez mojego wujka Piotra Belkę zostałem zarażony muzyką takich zespołów jak Metallica, Cannibal Corpse, Sepultura czy Iron Maden. Wszyscy koledzy z tamtych lat mają dziś krótkie włosy albo nie mają ich wcale (śmiech), a moja fryzura się trzyma, choć dobiegam czterdziestki. Myślę, że to zasługa genów. Kilka razy obciąłem włosy tak mocno, że niemal nie można było ich związać. Potem jednak pomysł ich skrócenia odchodził w zapomnienie. Wiele osób mówi mi, że Rafał Ryszczuk bez długich włosów nie byłby już taki sam, dlatego nie planuję ich ścięcia, a do pielęgnacji stosuję po prostu to, co żona akurat postawi w łazience (śmiech).

– Długie włosy to rzadkość u polityka. Czy mają one w jakiś sposób nawiązywać do biblijnego Samsona?

– Rzeczywiście, politycy starają się raczej powielać pewien utarty schemat raczej krótkiej, równo przyciętej fryzury. Ja jednak już tak zżyłem się ze swoimi długimi włosami, że nie wyobrażam sobie siebie w krótkich. Biblijny Samson to postać tytanicznie silna i jednocześnie tragiczna. Czy Samsonowska moc zaklęta w długich włosach jest w jakiejś mierze moim przeznaczeniem? Wolę tego nie sprawdzać i dlatego pozostanę przy obecnej fryzurze! ( śmiech)

– A jaki Rafał Ryszczuk jest w środku?

– Dalej w duszy gra mi ostra muzyka, ale nie jestem już w nią tak zaangażowany. Z tamtego czasu pozostały mi jedynie włosy i trochę buntu. Mój duch jest niespokojny, ale racjonalny w podejmowanych decyzjach. Są jednak sytuacje, w których krew mi się burzy. Nie odgrywam roli woskowego polityka. Jestem człowiekiem z krwi i kości. Mam emocje i ich nie ukrywam. Oczywiście staram się je w pewnym momencie hamować, ale bezczelnych rozmówców nie oszczędzam.

– Uważa pan to za swoją wadę czy zaletę?

– Taki jestem. Nie wiem, czy to zaleta czy wada. Takiego mnie społeczeństwo wybrało na burmistrza, bo jako radny nie byłem przecież inny. Nigdy nie odgrywałem kogoś, kim nie jestem.

– Dla każdego mężczyzny ważny jest samochód. Czy pańska limuzyna jest dopełnieniem wizerunku?

– Myślę, że to wszystko stanowi spójną całość. W tym zakresie, tak jak w innych kwestiach, byłem bardzo zdecydowany. Interesowało mnie tylko audi A8. Bardzo długo nie było mnie stać na to auto. Ustawiłem sobie jego zdjęcie na tapecie w komputerze i dążyłem do tego, by stanęło na moim podjeździe. W końcu się udało.

– Jaką prędkość osiąga to auto?

– 270 kilometrów na godzinę na niemieckich, podkreślam, niemieckich autostradach! (śmiech) Bardzo lubię podróżować tym samochodem. Jest równie dynamiczne, jak ja.

– A w jaką podróż by się pan wybrał, mając do dyspozycji wolny miesiąc?

– Pojechałbym tam, gdzie jest ciepło. Najpewniej byłaby to Chorwacja. Zawsze piękna pogoda, egzotyka, góry i morze w jednym. Oczywiście zabrałbym ze sobą rodzinę.

– No właśnie, ma pan żonę i dwie córki. W jaki sposób spędza pan z nimi wolny czas?

– Obecnie często przebywamy w naszym ogrodzie. To 12 arów, więc zawsze jest co robić. Poza tym uwielbiam grać z córkami w różnego typu gry planszowe, jak Monopol czy 5 sekund. Zawsze dużo przy tym rozmawiamy. Często wszyscy razem zajmujemy się moimi sprawami zawodowymi. Córki pomagają mi na przykład w pakowaniu kartek świątecznych, które wysyłam mieszkańcom gminy. Stanowimy zgrany zespół.

– A jak wspomina pan swoje dzieciństwo? Jakim był pan dzieckiem?

– Rodzina ze strony ojca pochodziła z Żuław, a dokładniej ze wsi Bągart w okolicach Dzierzgonia. Dziadek miał korzenie ukraińskie. Wychowałem się w Ogrodzieńcu, a od 14. roku życia mieszkałem w Kisielicach. Z trudnych dzieci podobno wyrastają ciekawi dorośli... Właśnie takim dzieckiem byłem. W każdej szkole miałem swoje zdanie i szedłem na przekór systemowi edukacji. Szkoła próbuje ujednolicać uczniów. Każe im siedzieć cicho i słuchać, kształtując obywateli idealnych dla władzy totalitarnej. Niestety szkoła inaczej nie może, ale ta egalitaryzacja w moim odczuciu jest negatywnym zjawiskiem. Może dlatego nie byłem prymusem.

– A kim chciał pan zostać?

– Chciałem być budowlańcem, tak jak mój tata. To był błąd. Wybrałem technikum budowlane, ale w pewnym momencie uznałem, że to nie jest moja droga i czas zawrócić. Mój dziadek czytał bardzo dużo książek i zaraził mnie miłością do nich. Czytałem wszędzie, w każdej wolnej chwili. Chciałem studiować filologię polską. Mężczyźni w mojej rodzinie mieli konkretne zawody. Żartowali ze mnie, że idę do „szkoły poetów”. Z czasem przekonali się jednak do mojej decyzji.

– I tak został pan nauczycielem. Czy miał pan dobry kontakt z młodzieżą?

– Na moje lekcje uczniowie nie wchodzili z telefonami komórkowymi. Trzeba było je wyłączyć, a nie tylko wyciszyć. Było świetnie, ale z czasem nauczanie stało się to rutynowe. W pewnym momencie uznałem, że bycie radnym jest ważniejsze.

– Skąd takie poczucie?

– Kiedyś, w okresie wyborczym w 2010 roku, wracałem ze szkoły. Zaczepił mnie jeden z radnych i zapytał, czy nie chciałbym wystartować w wyborach. Powiedziałem, że nie i poszedłem dalej. Po chwili na tym samym chodniku podszedł do mnie Andrzej Lejmanowicz i zapytał o to samo. Tak naprawdę byłem głodny i zmęczony, więc chcąc szybko wrócić do domu, powiedziałem mu, że wystartuję. Dopiero później uznałem, że to dobry pomysł. Poza tym musiałem przecież dotrzymać słowa (śmiech). Oczywiście martwiłem się, czy w ogóle ktoś na mnie zagłosuje. Bałem się kompromitacji. Kiedy kandydowałem na stanowisko burmistrza, to nawet własna mama nie wierzyła, że mi się uda. Ja jednak zabrałem się do tego po swojemu. Zacząłem zgłębiać literaturę na ten temat i tak zostałem samorządowym w politykiem.

– Kiedy podjął pan decyzję, by ubiegać się o stanowisko burmistrza?

– Zacząłem obserwować, jak to wszystko funkcjonuje i zauważyłem, że mam do czynienia z towarzystwem wzajemnej adoracji. Mój poprzednik był dla radnych jak Dalajlama. Wszyscy słuchali go z zapartym tchem. Kiedy przy propozycji zwiększenia wynagrodzenia dla burmistrza zapytałem o to, czym się wykazał, wszyscy popadli w konsternację. To dało mi do myślenia.

– No właśnie, jak pan radzi sobie z krytyką?

– Wilka nie interesuje, co o nim myślą barany. Nie bardzo wzrusza mnie więc bezmyślna krytyka. Nauczyłem się z nią żyć. Polityka to ogień wojny. Przeżyłem jednak już tyle w swoim życiu, że stałem się odporny. Takim poligonem była dla mnie między innymi często całodobowa praca na budowie z moim ojcem. Trzeba było to wytrzymać. Później były studia, gdzie jak wiadomo, też trzeba walczyć z wieloma przeszkodami i stresem. Przez to wszystko byłem odpowiednio przygotowany do działania w momencie wejścia do rady. Obecnie donosy przewodniczącego Janusza Więcka na działanie urzędu utrzymują mnie w dobrej kondycji. Dobrze sobie z tym wszystkim radzę. W domu pomieszczenie o wielkości 25 metrów przeznaczyłem na klimatyzowaną siłownię. Jest tam dużo sztang, hantli, bieżnia, worek treningowy – to miejsce, które pozwala mi odreagować.

– Rozumiem, że wspomniane przez pana sytuacje należą do najmniej przyjemnych w pana pracy?

– Tego typu sytuacje sporo mnie uczą. Tak naprawdę polityka tak wygląda. To tak jak konkurowanie dwóch facetów do jednej dziewczyny. Zawsze będzie spór. Ja chcę mieć sam tę jedną jedyną i z nikim nie zamierzam się nią dzielić. Jeżeli kandydujemy o jedno stanowisko burmistrza, to musimy się zetrzeć. W naturze jest to naturalne i wygrywa silniejszy, ale nawet przegranego każda walka wzmacnia.

– A za co lubi pan swoją pracę?

– Najbardziej lubię to, że mam kontakt z bardzo różnymi ludźmi. Kiedyś ktoś powiedział, że altruizm jest egoizmem. Miał rację. Robiąc coś dla innych, tak naprawdę robimy coś dla siebie. Mam poczucie spełnienia, kiedy mogę komuś pomóc. Szerokie spektrum spraw, które są do załatwienia w urzędzie, jest dla mnie czymś bardzo pozytywnym. Być może z uwagi na to, że bardzo lubię zmienność i dynamikę.

– Wielu samorządowców z biegiem czasu okopało się na swych stanowiskach i zamknęło na kontakt z wyborcami. Czy możliwe, że dojdzie do tego kiedyś i w pana przypadku?

– W każdym systemie władca musiał w końcu, prędzej czy później, ulec narodowi. Jeżeli jest się w sprzeczności z ludźmi, to zawsze się polegnie. Jeśli jakiś polityk tego nie rozumie, to uzmysłowi mu to kartka wyborcza którejś pięknej, listopadowej niedzieli. Każdy, kto otrzymał od jakiejś grupy ludzi zaufanie, musi się z nimi liczyć i ich szanować. Ja nigdy nie dałem żadnemu mieszkańcowi odczuć, by był niemile widziany w urzędzie. Nie znajdziecie państwo osoby, która powie, że burmistrz Kisielic nie chciał z nią rozmawiać. Staram się witać ludzi zwrotem: czym mogę służyć. Czasami jestem zmęczony i naprawdę po ludzku mam dość, ale mimo wszystko cierpliwie wysłuchuję ludzi, którzy do mnie przychodzą. Staram się wychodzić do społeczeństwa. Bywam na różnego typu gminnych imprezach, gdzie na przykład częstuję mieszkańców potrawami. Niektórzy mówią, że to wyrachowane zachowanie. A czy para młoda jest wyrachowana, gdy częstuje swoich gości tortem? Chyba nie. Ja jestem gospodarzem imprezy, więc moim obowiązkiem jest bycie z ludźmi i dbanie o to, by dobrze się bawili.

– Jak długo chciałby pan być burmistrzem? Ostatnio pojawił się pomysł, by ta sama osoba mogła sprawować tę funkcję maksymalnie przez dwie kadencje. Co pan o tym myśli?

– Jeżeli taki pomysł zostanie wdrożony w życie, to oczywiście jeszcze raz będę ponownie walczył o stanowisko burmistrza, a później będę kandydował do sejmiku lub Sejmu, reprezentując z dumą mieszkańców powiatu iławskiego. Byłem kilka razy na ulicy Wiejskiej w Warszawie, miałem nawet okazję zabierać głos w sprawie JOW. Czuję się tam świetnie. Czas pokaże, czy ludzie zechcieliby, by ktoś taki jak ja się tam znalazł. Nie chcę, by zabrzmiało to zarozumiale, ale skoro pytacie mnie państwo o plany, to szczerze odpowiadam. Nie będę mówić, że nie mam planów, skoro je mam.

– A co, jeżeli 2-kadencyjność jednak nie będzie obowiązywała?

– Jeżeli będzie możliwość, by kandydować równocześnie na burmistrza i do sejmiku, to wystartuję tam już w najbliższych wyborach, by wzmocnić partię PSL. Jeżeli nie będzie takiej możliwości, to do sejmiku wystartuję dopiero później. W każdym razie nie mam zamiaru ani ambicji, by być wiecznym burmistrzem Kisielic. Jeżeli jakaś osoba wbetonowuje się w swoje stanowisko, to w końcu przychodzi ktoś, kto jest go bardziej głodny sukcesu i bardziej zdeterminowany. To właśnie pokazała historia Kisielic w 2014 roku, kiedy wyborczy pewniak pan Tomasz Koprowiak przegrał wybory.

– A jaki jest pana największy sukces jako burmistrza?

– Chyba to, że biznes, o jakim mówiłem, zaczyna się pojawiać. Mówimy o panu Trzcińskim, który współpracuje z Ikeą i na hektarze ziemi chce budować zakład, o firmach Bestem, Szkłomal czy choćby o panu Gierczaku, który już zaczyna budować wylęgarnię w Limży. Przyczyniłem się też do tego, że mleczarnię, która straszyła w Kisielicach, kupiła firma z Ostrołęki. Poza tym w trakcie tych ponad 2 lat udało się doprowadzić do końca kwestie związane z zakończeniem ścieżki rowerowej do Ogrodzieńca. Bardzo ważnym i bardzo trudnym zadaniem była wymiana wielu pracowników, w tym szefów jednostek, którzy okazali się niereformowalni. Udało się także stworzyć ekipę budowlaną w Przedsiębiorstwie Usług Komunalnych, co jest korzystne dla wszystkich stron, a głównie dla mieszkańców. Za sukces uważam też ustabilizowanie finansów gminy, co na początku wydawało mi się nie do wykonania.

– A jaka w takim razie jest pana największa porażka jako burmistrza?

– Zdecydowanie to, że droga do Gorynia nie została zrealizowana. Uwierzyłem w ludzi. Myślałem, że skoro my wykładamy milion, a 3 miliony otrzymamy z zewnątrz, to oczywiste jest to, że chcemy je dostać. Niestety się pomyliłem. Pewien złośliwiec zasiał niepewność w ludziach. Zadziałała w nim bezmyślnie niszcząca siła. Smutne, iż komuś sprawiło radochę, że jego niszczący plan zadziałał, a nie to, że mieszkańcy będą mieli niemal 5 kilometrów asfaltowej drogi. Przeprosiłem ludzi z Gorynia, bo mimo wszystko uważam, że to moja wina. Zbyt mało czasu i czujności poświęciłem tej sprawie. Mogłem przewidzieć takie zachowanie. Jak się wydaje później radni zrozumieli, że głosując remisowo, popełnili błąd.

– Co w takim razie najbardziej denerwuje pana w ludziach?

– Najgorsze, co może być, to bezrefleksyjna, pusta złośliwość, która często niestety idzie w parze z głupotą. Znam co najmniej jedną taką osobę, zepsutą tak do kości, że można by ją było wkleić w encyklopedię obok definicji złośliwca. Ten człowiek utytłał w błocie wszystko, co możliwe. W pewnym momencie stanąłem mu w gardle. Nie może mnie ani wypluć ani się mną udławić (śmiech).

– A co w takim razie ceni pan w ludziach?

– Uwielbiam energiczne osoby. Nie chodzi o lekkomyślność, ale o działanie i wiarę we własne możliwości. Nie znoszę ludzi, którzy wszędzie widzą problem. Z takimi ludźmi nie da się pracować ani żyć. Idź i działaj, a potem powiedz, co jest problemem. A najlepiej nie mów mi, że jest jakiś problem, ewentualnie, że są „przejściowe trudności”, z którymi sobie poradzisz (śmiech).

– Jaka w takim razie jest pańska żona? Część kobiet wiecznie ma przecież jakieś problemy...

– Moja żona jest bardzo spokojną osobą. Bardzo ją cenię, chociaż diametralnie różni się ode mnie. Poznaliśmy się na dyskotece w szkole podstawowej. Upłynęło trochę wody w Gardędze, zanim wzięliśmy ślub, ale jako dojrzały mężczyzna mogę powiedzieć, że był to bardzo dobry wybór.

– Życzymy w takim razie dalszych trafnych decyzji zarówno w pana życiu prywatnym, jak i zawodowym. Jeszcze raz gratulujemy wygranej w naszym plebiscycie.





Burmistrz Kisielic z rodziną, która wspiera go
także w sprawach zawodowych. Za Haliną i Rafałem
stoją od lewej córki Salomea (7 lat) i Oliwia (11 lat)






350-konna limuzyna audi A8 to samochód marzeń
Człowieka Roku: – Gdy dobrze dba się o auta tej klasy,
to odwdzięczają się bezawaryjnością
– mówi Ryszczuk






RAFAŁ RYSZCZUK

Data urodzenia: 23.05.1977 r.
Znak zodiaku: bliźnięta
Wykształcenie: magister filologii polskiej i historii
Rodzina: żona Halina, córki: Oliwia (11 lat) i Salomea (7 lat)
Ulubiona muzyka: szeroko pojęty rock
Ulubiona potrawa: wszystko, co pikantne i wyraziste, głównie kuchnia chińska
Hobby: sporty siłowe, kulturystyka, bieganie, czytanie książek (aktualnie „Prezydenci USA” Longina Pastusiaka)
Samochód: audi A8, pojemność 4,2 l. benzyna, rok produkcji 2003 r.




  2017-03-29  

Z komentarzami zapraszamy na forum
Wróć   Góra strony
110564074


Biuro Ogłoszeń Drobnych:
drobne@kurier-ilawski.pl


Biuro Reklamy:
reklama@kurier-ilawski.pl


Informator: co, gdzie, kiedy?
informator@kurier-ilawski.pl


Kronika Towarzyska:
kronika@kurier-ilawski.pl


Redakcja:
redakcja@kurier-ilawski.pl





wejście | jedynka Kuriera | CZYTAJ | opinie, felietony | REKLAMA | ogłoszenia drobne | ogłoszenia modułowe | kogel-mogel
szukaj | FORUM | 
E-mail: redakcja@kurier-ilawski.pl, reklama@kurier-ilawski.pl, ogloszenia@kurier-ilawski.pl
Copyright © 2001-2017 - Kurier Iławski. Wszystkie prawa zastrzeżone.